W kostnicy panowała cisza z rodzaju
tych pełnych napięcia, kiedy Kieran powoli uchylił drzwi i wślizgnął się do
środka, starając się nie zahaczyć stopą o próg. Oddychał spokojnie,
przyzwyczajony do uczuć towarzyszących włamaniom do miejsc takich jak to. Jasne
pomieszczenie wypełniał przenikliwy chłód, jednak nie robił on wrażenia na
mężczyźnie, który w zasadzie nie miał fizycznych możliwości, by go czuć. Jego
zmysł dotyku był wyłączony, co stanowiło niekiedy poważny problem, jednak w
zamian za to otrzymał niezwykle wyostrzony węch i całkiem dobry słuch, lecz
niestety nawet to nie chroniło go od tragicznej niezdarności. Gdziekolwiek by
się nie znalazł, musiał się potknąć albo potrącić coś rękawem. Jeśli już miał
odwagę, by wyjść na ulicę, często wpadał na przechodniów, w rezultacie czego nagminnie
musiał wysłuchiwać bluzgi pod własnym adresem, ale po latach mieszkania ze
swoim licznym starszym rodzeństwem
zdążył się przyzwyczaić.
Mężczyzna wyciągnął zza pazuchy
małą, poręczna latarkę i włączył ją, rzucając na prosektorium wąski snop
światła. Na wprost wejścia, zaledwie kilkanaście metrów dalej, stało biurko, a
za nim metalowe krzesło i dalej duży regał, na którym poskładano kartony i
segregatory z dokumentacją. Kieran podszedł bliżej i otworzył pierwszą szufladę
w biurku; znalazł w niej paczkę po papierosach i kilka kartek zapisanych
koślawym, niechlujnym pismem. Na dnie leżały również spinacze, pogniecione
paragony i połamane ołówki. Zawartość następnej szuflady również nie
przedstawiała się za ciekawie: kilka
długopisów, nieotwarta ryza papieru do drukarek laserowych i kartka
przedstawiająca bajkowego kota, który wesoło wykrzykiwał "Wszystkiego
najlepszego z okazji 40 urodzin!". Ostatnia szuflada była pusta, więc
Kieran podniósł się i rzucił okiem na kartony poukładane na szafce. Były
posegregowane alfabetycznie i nie przedstawiały absolutnie nic fascynującego.
Kieran lubił posługiwać się swoją
intuicją.
Na prawo od wejścia rozciągało
się pomieszczenie przeznaczone do przechowywania trupów. Ciała spoczywały w
wysokich kolumnach szuflad, a owych kolumn było kilkanaście, a może nawet
kilkadziesiąt, w każdym razie – dużo. Kieran nawet nie wiedział, jak nazwać te...
Meble, w których przechowywano zwłoki. Przez chwilę stał biernie, próbując
znaleźć pasujące słowo, jednak jedynym, co przychodziło mu do głowy, były
właśnie szuflady. Nie wymyśliwszy niczego innego, porzucił tę kwestię na inny
czas, a zamiast tego ruszył pomiędzy wysokimi rzędami, co jakiś czas głęboko
oddychając nosem.
Powietrze było tutaj suche,
przesycone charakterystyczną wonią środków dezynfekujących, płynów odkażająco–konserwujących
oraz formaliny. Kieran znał ten zapach tak dobrze, że czuł się w prosektorium
niemal swobodnie, jednak było tutaj coś, czego nie czuł w żadnej innej
kostnicy, czy to w Ameryce, czy w Europie. Był to odór śmierci, bardzo wyraźny,
ale inny niż zawsze, ten był bardziej wyraźny, mimowolnie przyciągający uwagę.
I on się...
Kieran ze zdziwieniem zauważył,
że odór się porusza. To znaczy, nikt spoza jego rasy nie nazwałby tego
poruszaniem, człowiek prawdopodobnie nie uznałby go za nim nadzwyczajnego, ale
ktoś taki jak Kieran odruchowo wiedział, że coś jest nie tak, jak powinno. Woń
ta drżała i pulsowała w powietrzu, muskała skórę mężczyzny i mimo jego odwagi,
wywoływała dreszcze na karku. Ona była po prostu inna, nie spotkana nigdy
wcześniej.
Próbując zignorować dziwny
niepokój, który nagle poczuł, Kieran ruszył dalej. Im dalej się posuwał, tym
łapczywiej chwytał powietrze, a jego nozdrza podnosiły się i opadały coraz
szerzej. Był już spragniony i głodny, od wielu dni nie miał nic w ustach, a
dodatkowo ten nieznajomy zapach drażnił go i powodował dziwne podniecenie.
Nieświadomie Kieran próbował znaleźć jego źródło, jednak wbrew pozorom w takim
sterylnym pomieszczeniu okazało się to być bardzo trudnym zadaniem. W kostnicy
leżało wiele ciał czekających na sekcję albo już przygotowanych do pochówku i
każde z nich wydzielało charakterystyczną dla niego woń, a one wszystkie razem
mieszały się i w rozrachunku ciężko było znaleźć tego odpowiedniego trupa. Mimo
to, Kieran nie zamierzał się poddawać.
Doszedł do końca korytarza i
skręcił w lewo, a jego oczom ukazały się kolejne rzędy szuflad oraz mały
stolik, na którym stał bukiet z łamiącymi monotonię bieli ścian i podłóg,
różowych kwiatów oraz małe, ręczne lustro. Kieran podniósł je i przybliżył do twarzy.
Zobaczył swoją szczupła, kościstą i ogorzałą twarz, ciemne, niemal czarne oczy,
teraz przesycone dodatkowo głodem, wąskie usta, które dla człowieka wydawałyby
się dziwnie zniekształcone, jednak dla osobników jego rasy obecność ostrych
kłów zamiast zębów była zupełnie normalna. Jego czarne włosy opadały na czoło w
tym samym wiecznym, tak bardzo charakteryzującym go nieładzie. Kieranowi jednak
nie chodziło o poprawienie własnego wyglądu; przesunął lusterko lekko w lewo i
obserwował przestrzeń za nim. Tak jak się spodziewał, ujrzał jakby obłoki
szarego dymu. Kilka z nich promieniowało delikatnym światłem.
Nie było to nic strasznego, tylko
kilka dusz powoli opuszczających ciała schowane w szufladach. Duchy nie
wydawały się być wrogo nastawione wobec gościa. Ignorowały jego obecność,
poruszając się tylko w wyznaczonym terenie, jakby nie mogły przekroczyć
niewidzialnej granicy. Kieran z zadowoleniem stwierdził skuteczność ziółek
podarowanych mu przez Tansy.
Nagle niepokojący odór znacznie
się nasilił. Kieran szybko odłożył lusterko i podniósł latarkę. Zaczął węszyć,
pozwalał swoim zmysłom pracować najlepiej, jak potrafią. Różne zapachy
przewijały się przez jego umysł, różne świadomości. Wiedział, o której
dokładnie wyszedł pracownik kostnicy, jakiego mydła i dezodorantu używał, czuł
mocną wodę kolońską policjanta, który był tu rano w sprawie jakiegoś śledztwa.
Odrzucał na bok nieistotne fakty, które niestety również zostawały sprawdzone,
każde ciało spoczywające w metalowych szufladach domagało się odwagi, ale
jedno...
Kieran uspokoił się tak gwałtownie,
jak wszczął poszukiwania źródła dziwnego zapachu.
Jedno się wyróżniało. Znajdowało
się bardzo blisko, zaledwie kilka kroków do przodu i kilkanaście w lewo. Kroki
Kierana, kiedy pokonywał dystans dzielący go od odpowiedniej szuflady, wydawały
mu się teraz bardzo głośne, tak samo jego oddech. Czuł się odsłonięty, bo
ktokolwiek wydzielał z siebie taką woń, wiedział o jego obecności, być może
czuł go tak samo mocno, ale z pewnością nie należał do tej samem rasy, nie był
również człowiekiem. Nie pachniał jak wampir, ani nie cuchnął jak wilkołak.
Wydzielał jednak woń, więc to eliminowało czarownice i wiedźmy. Strzyga nie
zmieściłaby się w takiej szufladzie, upiór nie leżałby tak spokojnie, więc kto,
do jasnej cholery, kto tam jest?
Teraz Kieran się naprawdę bał.
Nie przychodziła mu na myśl żadna istota, która mogłaby wydawać taki odór, a
fakt, że prawdopodobnie jest w połowie martwa, nie pomagał, wręcz przeciwnie,
tylko nęcił mężczyznę, który przez ostatnie dni był zmuszony do prowadzenia
głodówki. Nie znając tożsamości tej istoty, powinien jak najprędzej opuścić
prosektorium, szczególnie, że nie wiedział, czy ma broń, która mogłaby pomóc w
ewentualnej walce. Mimo to obok strachu zawsze, przynajmniej w wypadku Kierana,
pojawiała się ciekawość, a skoro i tak już był w piekle, często jej ulegał. Teraz
również.
Położył dłoń na zimnym, metalowym
uchwycie i mocno pociągnął. Rolki zgrzytnęły, ale szuflada wyjechała bez
większego problemu. Kieran odetchnął głęboko, po czym podniósł wieko.
To, co zobaczył, trochę go
zszokowało. Może nawet bardziej, aniżeli trochę.
A w sumie to kurewsko go to
zszokowało, bo był pewien że banshee wyginęły kilkaset lat temu.