poniedziałek, 4 sierpnia 2014

prolog

W kostnicy panowała cisza z rodzaju tych pełnych napięcia, kiedy Kieran powoli uchylił drzwi i wślizgnął się do środka, starając się nie zahaczyć stopą o próg. Oddychał spokojnie, przyzwyczajony do uczuć towarzyszących włamaniom do miejsc takich jak to. Jasne pomieszczenie wypełniał przenikliwy chłód, jednak nie robił on wrażenia na mężczyźnie, który w zasadzie nie miał fizycznych możliwości, by go czuć. Jego zmysł dotyku był wyłączony, co stanowiło niekiedy poważny problem, jednak w zamian za to otrzymał niezwykle wyostrzony węch i całkiem dobry słuch, lecz niestety nawet to nie chroniło go od tragicznej niezdarności. Gdziekolwiek by się nie znalazł, musiał się potknąć albo potrącić coś rękawem. Jeśli już miał odwagę, by wyjść na ulicę, często wpadał na przechodniów, w rezultacie czego nagminnie musiał wysłuchiwać bluzgi pod własnym adresem, ale po latach mieszkania ze swoim licznym starszym  rodzeństwem zdążył się przyzwyczaić.
Mężczyzna wyciągnął zza pazuchy małą, poręczna latarkę i włączył ją, rzucając na prosektorium wąski snop światła. Na wprost wejścia, zaledwie kilkanaście metrów dalej, stało biurko, a za nim metalowe krzesło i dalej duży regał, na którym poskładano kartony i segregatory z dokumentacją. Kieran podszedł bliżej i otworzył pierwszą szufladę w biurku; znalazł w niej paczkę po papierosach i kilka kartek zapisanych koślawym, niechlujnym pismem. Na dnie leżały również spinacze, pogniecione paragony i połamane ołówki. Zawartość następnej szuflady również nie przedstawiała się za ciekawie:  kilka długopisów, nieotwarta ryza papieru do drukarek laserowych i kartka przedstawiająca bajkowego kota, który wesoło wykrzykiwał "Wszystkiego najlepszego z okazji 40 urodzin!". Ostatnia szuflada była pusta, więc Kieran podniósł się i rzucił okiem na kartony poukładane na szafce. Były posegregowane alfabetycznie i nie przedstawiały absolutnie nic fascynującego.
Kieran lubił posługiwać się swoją intuicją.
Na prawo od wejścia rozciągało się pomieszczenie przeznaczone do przechowywania trupów. Ciała spoczywały w wysokich kolumnach szuflad, a owych kolumn było kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt, w każdym razie – dużo. Kieran nawet nie wiedział, jak nazwać te... Meble, w których przechowywano zwłoki. Przez chwilę stał biernie, próbując znaleźć pasujące słowo, jednak jedynym, co przychodziło mu do głowy, były właśnie szuflady. Nie wymyśliwszy niczego innego, porzucił tę kwestię na inny czas, a zamiast tego ruszył pomiędzy wysokimi rzędami, co jakiś czas głęboko oddychając nosem.
Powietrze było tutaj suche, przesycone charakterystyczną wonią środków dezynfekujących, płynów odkażająco–konserwujących oraz formaliny. Kieran znał ten zapach tak dobrze, że czuł się w prosektorium niemal swobodnie, jednak było tutaj coś, czego nie czuł w żadnej innej kostnicy, czy to w Ameryce, czy w Europie. Był to odór śmierci, bardzo wyraźny, ale inny niż zawsze, ten był bardziej wyraźny, mimowolnie przyciągający uwagę. I on się...
Kieran ze zdziwieniem zauważył, że odór się porusza. To znaczy, nikt spoza jego rasy nie nazwałby tego poruszaniem, człowiek prawdopodobnie nie uznałby go za nim nadzwyczajnego, ale ktoś taki jak Kieran odruchowo wiedział, że coś jest nie tak, jak powinno. Woń ta drżała i pulsowała w powietrzu, muskała skórę mężczyzny i mimo jego odwagi, wywoływała dreszcze na karku. Ona była po prostu inna, nie spotkana nigdy wcześniej.
Próbując zignorować dziwny niepokój, który nagle poczuł, Kieran ruszył dalej. Im dalej się posuwał, tym łapczywiej chwytał powietrze, a jego nozdrza podnosiły się i opadały coraz szerzej. Był już spragniony i głodny, od wielu dni nie miał nic w ustach, a dodatkowo ten nieznajomy zapach drażnił go i powodował dziwne podniecenie. Nieświadomie Kieran próbował znaleźć jego źródło, jednak wbrew pozorom w takim sterylnym pomieszczeniu okazało się to być bardzo trudnym zadaniem. W kostnicy leżało wiele ciał czekających na sekcję albo już przygotowanych do pochówku i każde z nich wydzielało charakterystyczną dla niego woń, a one wszystkie razem mieszały się i w rozrachunku ciężko było znaleźć tego odpowiedniego trupa. Mimo to, Kieran nie zamierzał się poddawać.
Doszedł do końca korytarza i skręcił w lewo, a jego oczom ukazały się kolejne rzędy szuflad oraz mały stolik, na którym stał bukiet z łamiącymi monotonię bieli ścian i podłóg, różowych kwiatów oraz małe, ręczne lustro. Kieran podniósł je i przybliżył do twarzy. Zobaczył swoją szczupła, kościstą i ogorzałą twarz, ciemne, niemal czarne oczy, teraz przesycone dodatkowo głodem, wąskie usta, które dla człowieka wydawałyby się dziwnie zniekształcone, jednak dla osobników jego rasy obecność ostrych kłów zamiast zębów była zupełnie normalna. Jego czarne włosy opadały na czoło w tym samym wiecznym, tak bardzo charakteryzującym go nieładzie. Kieranowi jednak nie chodziło o poprawienie własnego wyglądu; przesunął lusterko lekko w lewo i obserwował przestrzeń za nim. Tak jak się spodziewał, ujrzał jakby obłoki szarego dymu. Kilka z nich promieniowało delikatnym światłem.
Nie było to nic strasznego, tylko kilka dusz powoli opuszczających ciała schowane w szufladach. Duchy nie wydawały się być wrogo nastawione wobec gościa. Ignorowały jego obecność, poruszając się tylko w wyznaczonym terenie, jakby nie mogły przekroczyć niewidzialnej granicy. Kieran z zadowoleniem stwierdził skuteczność ziółek podarowanych mu przez Tansy.
Nagle niepokojący odór znacznie się nasilił. Kieran szybko odłożył lusterko i podniósł latarkę. Zaczął węszyć, pozwalał swoim zmysłom pracować najlepiej, jak potrafią. Różne zapachy przewijały się przez jego umysł, różne świadomości. Wiedział, o której dokładnie wyszedł pracownik kostnicy, jakiego mydła i dezodorantu używał, czuł mocną wodę kolońską policjanta, który był tu rano w sprawie jakiegoś śledztwa. Odrzucał na bok nieistotne fakty, które niestety również zostawały sprawdzone, każde ciało spoczywające w metalowych szufladach domagało się odwagi, ale jedno...
Kieran uspokoił się tak gwałtownie, jak wszczął poszukiwania źródła dziwnego zapachu.
Jedno się wyróżniało. Znajdowało się bardzo blisko, zaledwie kilka kroków do przodu i kilkanaście w lewo. Kroki Kierana, kiedy pokonywał dystans dzielący go od odpowiedniej szuflady, wydawały mu się teraz bardzo głośne, tak samo jego oddech. Czuł się odsłonięty, bo ktokolwiek wydzielał z siebie taką woń, wiedział o jego obecności, być może czuł go tak samo mocno, ale z pewnością nie należał do tej samem rasy, nie był również człowiekiem. Nie pachniał jak wampir, ani nie cuchnął jak wilkołak. Wydzielał jednak woń, więc to eliminowało czarownice i wiedźmy. Strzyga nie zmieściłaby się w takiej szufladzie, upiór nie leżałby tak spokojnie, więc kto, do jasnej cholery, kto tam jest?
Teraz Kieran się naprawdę bał. Nie przychodziła mu na myśl żadna istota, która mogłaby wydawać taki odór, a fakt, że prawdopodobnie jest w połowie martwa, nie pomagał, wręcz przeciwnie, tylko nęcił mężczyznę, który przez ostatnie dni był zmuszony do prowadzenia głodówki. Nie znając tożsamości tej istoty, powinien jak najprędzej opuścić prosektorium, szczególnie, że nie wiedział, czy ma broń, która mogłaby pomóc w ewentualnej walce. Mimo to obok strachu zawsze, przynajmniej w wypadku Kierana, pojawiała się ciekawość, a skoro i tak już był w piekle, często jej ulegał. Teraz również.
Położył dłoń na zimnym, metalowym uchwycie i mocno pociągnął. Rolki zgrzytnęły, ale szuflada wyjechała bez większego problemu. Kieran odetchnął głęboko, po czym podniósł wieko.
To, co zobaczył, trochę go zszokowało. Może nawet bardziej, aniżeli trochę.
A w sumie to kurewsko go to zszokowało, bo był pewien że banshee wyginęły kilkaset lat temu.



Obserwatorzy